Obudziło mnie delikatne szturchanie. Otworzyłam oczy i rozejrzałam się, koło mnie stała młoda kobieta ubrana w uniform:
- Zapnij pasy, zaraz będziemy lądować.
Kiwnęłam głową, a ona odwróciła się i poszła dalej. Kiedy odeszła, zauważyłam, że moja mama zniknęła, ale chwile później zobaczyłam że wraca, usiadła na fotelu obok i zapięła pasy. Przy lądowaniu wystąpiły turbulencje, od których zrobiło mi się niedobrze. Kiedy już wylądowaliśmy wszyscy ruszyli w stronę wyjścia. Po odebraniu bagażu wyszłyśmy przed budynek lotniska w Wilmington, gdzie czekał na nas samochód. W samochodzie czekała na nas osoba, na widok, której strasznie się ucieszyłam. Ciocia Sophia. Kiedy nas zauważyła, szybko wysiadła i ruszyła w naszą stronę. Powitanie nie miało końca, kiedy ciocia nas już wyściskała i przestała się dziwić jak ja urosłam, zapakowałyśmy torby do bagażnika i ruszyłyśmy. Przez całą drogę, przyjaciółki gadały o wszystkim co im przyszło na myśl, ja się nie odzywałam, ciocia myślała że to przez podróż więc odpuściła. Po 2 h jazdy zobaczyłyśmy wielką tablicę z napisem "Witamy w Beaufort".
- Chyba na zadupiu - mruknęłam tak cicho, że nikt nie usłyszał.
Niestety to zadupie okazało się całkiem dużym i malowniczym miasteczkiem. Nagle skręciłyśmy w ulice gdzie wszystkie domy wyglądały podobnie. Zatrzymałyśmy się przed jednym z nich. Przed domem stał samochód.
Wysiadłyśmy z auta Sophii, ciotka pomogła nam wnieść wszystkie nasze torby do domu. Odwróciła się i powiedziała:
- Witajcie w domu, pewnie jesteście zmęczone po podróży, albo chcecie się rozpakować w spokoju, więc ja uciekam. Później wpadne z Mattem.
Kiedy wyszła usłyszałyśmy dźwięk zamykanych drzwi i odgłos odpalanego silnika. Tak tez zostałyśmy w ciszy same.
***
Dedykuję ten rozdział mojej przyjaciółce, Pati. Bez jej pomocy nie poradziłabym sobie.
Mam nadzieje, że się spodoba :)
Komentujcie
