wtorek, 3 grudnia 2013

Rozdział 2

Stałyśmy w tej ciszy jeszcze chwile, w końcu ruszyłam się żeby obejrzeć do końca nasz nowy dom. Na dole był hol ze chodami po jednej stronie, kuchnia i salon z drzwiami wychodzącymi na taras i ogródek. Na tarasie stał stół z kilkoma krzesłami, wszystko było pod daszkiem. Ogródek był nieduży, ale dobrze wygospodarowany. Koło tarasu stały dwa leżaki, po prawej stronie w kącie stała mała szopka, w której były narzędzia i drewno do kominka. Na przeciwko domu stało kilka drzewek, na dwóch największych zawieszony był hamak. Wszystko okalał ładnie przycięty żywopłot, na tyle wysoki aby zapewnić odrobinę prywatności. Na ogródku nie zostało dużo miejsca, ale wszystko wyglądało pięknie.

Pobiegłam szybko na górę, żeby zobaczyć mój pokój. Mój pokój był idealny, choć było w nim odrobinę za dużo różu, ale urządzała go Sophia więc nie zdziwiło mnie to. Po lewej stronie od drzwi wejściowych, w rogu stała duża biała szafa, a na ścianie po prawej stronie wisiało kilka pustych ramek. Koło łóżka były drzwi prowadzące do łazienki, również różowej, co po dłuższych przemyśleniach nie było takie złe. Z jednego okna mojego pokoju widziałam nasz ogródek i ogródki naszych nowych sąsiadów, a z drugiego, okno pokoju w sąsiadującym domu.

Zeszłam na dół po moje rzeczy i wróciłam do pokoju. Otworzyłam szafę, ułożyłam w niej ciuchy.  Rozcięłam taśmę sklejającą kolejne pudło, w którym były książki i ułożyłam je na półkach. Zdjęcie z moimi przyjaciółkami położyłam na biurku obok monitora. Wzięłam kosmetyczkę i pudełko z ręcznikami i poszłam do łazienki. Ręczniki włożyłam do niedużej szafki, która stała w małej wnęce naprzeciwko drzwi. Kosmetyki ułożyłam na półeczce obok umywalki. Kiedy wszystko było już na swoim miejscu, postanowiłam wziąć prysznic.

Kiedy poczułam gorące krople wody na mojej skórze, odprężyłam się i zaczęłam myśleć o wszystkim co do tej pory tak mnie dręczyło: "Może w końcu da się to naprawić ? Jesteśmy w nowym miejscu , można zacząć wszystko od nowa. Mam czystą kartę. Małe kroczki i będzie jak kiedyś".  Po długiej chwili wyszłam spod prysznica i owinęłam się ręcznikiem. Stanęłam przed lustrem i prawdę mówiąc nie poznałam osoby, która był na przeciwko. Wilgotne włosy opadały mi na ramiona. Tyle czasu minęło od ostatniej szczerej rozmowy z mamą. Od czasu rozwodu rodziców nie mogłam się z nią dogadać, może dlatego, że ją o wszystko obwiniałam, a szczególnie o to że od kiedy mój "tatuś" znalazł sobie nową żonę, przestał się mną interesować. Nie zadzwonił ani razu, ani na święta, ani na moje urodziny. Ale prawda jest taka że to nie była jej wina, tylko jego. To nie dlatego nie dzwonił, że mama nie pozwoliła mu, tylko dlatego ze tego nie chciał. Znalazł sobie nową rodzinę, a ze starą nie chciał mieć nic wspólnego. Teraz nadszedł czas, żeby przestać ją obwiniać i wynagrodzić te kilka lat.

Włosy wysuszyłam, wyprostowałam i upięłam w niedbałego koka . Nałożyłam lekki make-up, wróciłam do pokoju i podeszłam do szafy. Po długich przemyśleniach założyłam:


Spojrzałam na zegarek ,stojący na szafce koło łóżka, pełniący również funkcję budzika, wskazywał on 11:00. Postanowiłam się na chwilkę położyć. Wtedy właśnie poczułam jak bardzo jestem zmęczona. Żeby nie przespać odwiedzin kochanej cioci ustawiłam sobie budzik na 12:30. Stwierdziłam że 1,5 h to wystarczająco. Chodź mój organizm z pewnością się z tym nie zgadzał. Nawet nie zauważyłam kiedy zasnęłam.

Byłam właśnie w krainie, w której wszystko było z czekolady, wynikało to pewnie z mojego uzależnienia od niej, kiedy usłyszałam strasznie głośny dźwięk wwiercający się w mój mózg. Otworzyłam jedno oko, potem drugie i zlokalizowałam źródło jego pochodzenia, było to nic innego jak mój różowo-biały zegarek. Nacisnęłam guzik, który zapewne odpowiadał za jego wyłączenie i w tej właśnie chwili dźwięk ucichł. Podniosłam się, przeczesałam włosy palcami i ruszyłam w stronę drzwi. Wtedy natknęłam się na kartony. Postanowiłam złożyć je i zanieść do garażu, jednak zauważyłam że w jednym coś nadal jest. Sięgnęłam po to i rozwinęłam, moim oczom ukazał się plakat mojego ulubionego zespołu, Evanescence. Sięgnęłam na biurko po taśmę i nożyczki i przykleiłam go na drzwi, Prowadzące do łazienki. Zabrałam kartony i wyszłam na korytarz.

W chwili, w której stanęłam na schodach, poczułam dziwny zapach, który jak sądziłam dochodził z kuchni. Domyśliłam się bo z tego samego kierunku dobiegały co jakiś czas ciche przekleństwa. Podążyłam za tymi odgłosami, wtedy moim oczom ukazał się nie częsty widok, gotująca mama. Podeszłam do niej i przytuliłam. Po chwili zdziwienia uśmiechnęła się.
- Co to miało być? – zapytałam spoglądając do garnka.
- Spaghetti – odpowiedziała wciąż uśmiechnięta. Dawniej to był rzadki widok, mama w kuchni, przy garnkach i uśmiechająca się , to drugie było trochę z mojej winy ale nigdy nie chciałam się do tego przyznać.
- Coś nie wyszło – zaczęłam się śmiać – chociaż makaron wygląda niczego sobie – no bo z drugiej strony kto nie potrafiłby ugotować makaronu?. – ja to dokończę – uśmiechnęłam się i zabrałam od mamy łyżkę do sosu. Spróbowałam go, smakował dość… oryginalnie, jednym słowem nie był on zjadliwy. Odstawiłam garnek na bok i wzięłam drugi. Zaczęłam gotować. Mama tylko patrzyła z zachwytem jak co chwilę coś dorzucam i doprawiam nowy sos. Kochałam gotować. Głównie robiłam to kiedy mamy nie było w domu, bo zostawała do późna w pracy albo wyjeżdżała w delegację. – I gotowe.

Wtedy rozległ się dzwonek do drzwi. Mama poszła otworzyć, i wtedy usłyszałam dobrze znany męski głos. To był Matt, który przyjechał razem z Sophią. Mówił coś o tym że wreszcie się widzą, że się stęsknił i że już nie mógł się doczekać aż przyjedziemy i koniecznie musimy poznać jego rodzinkę.
- Ci to wiedzą kiedy przyjechać – rozdarłam się na cały dom i wybiegłam z kuchni w ich stronę. Rzuciłam się Mattowi na szyję – no nareszcie cię widzę, ależ ja się za tobą stęskniłam – puściłam go, przytuliłam Sophię, kiedy już skończyłam „dusić” gości, poprawiłam bluzkę – a tak w ogóle to DZIEŃ DOBRY.
Wszyscy zaczęli się śmiać. Matt spojrzał na Sophię, później oboje spojrzeli na mamę ze zdziwieniem na twarzy i chórem zapytali:
- A tej co się stało ?
- Mnie się nie pytajcie, przyszła z pokoju i już taka była.
- To ten róż w moim pokoju – odpowiedziałam na zadane pytania, żeby wyprowadzić ich z błędu – a przy okazji dziękuję Sophii , pokój jest śliczny, cały dom jest śliczny.
- To kiedy idziemy jeść bo jestem głodny – wypalił Matt. Niby był dorosły ale zachowywał się jak dziecko. Sophii go szturchnęła, a ja się roześmiałam:
- Właśnie zepsułeś taką piękną chwilę.

Chwilę później wszyscy już siedzieli w kuchni, a nakładałam moje popisowe danie. Po  dwóch dokładkach wziętych przez Matt'a i sprzątnięciu talerzy , wyszliśmy na ogródek. Ja i mój przyszły wujek rozłożyliśmy się na leżakach a mama wraz z Sophią usiadły wygodnie przy stoliku, gdzie popijały pięknie pachnące latte. Podczas gdy panie były pochłonięte rozmową, ja opowiadałam Matt'owi o Polsce, o moich przyjaciółkach i szkole. Matt nie był mi dłużny, mówił jak to fajnie jest w tym małym miasteczku i ile się w nim dzieje, opowiadał o sąsiadach i mieszkańcach Abbyville oraz o bracie i jego rodzinie.  No i wtedy padło, pytanie od którego niemal natychmiast zrobiłam się lekko mówiąc, różowa:
- A co z chłopakami? Napewno masz tam jakiegoś? Albo nawet kilku...
- Yhh... - próbowałam się wymigać od odpowiedzi, ale wujek spojrzał na mnie z miną typu "gadaj i tak ci nie odpuszczę" - no, wiesz jakoś wielką flirciarą to ja nie jestem. W naszej super trójce to raczej Vanessa specjalizowała się w wyrywaniu chłopaków, a ja do szczęścia ich nie potrzebuję, więc moja odpowiedź brzmi: nie. - powiedziałam to z uśmiechem.
Wtedy Matt, zaczął o tym, że jego bratanek też jest wolny i jest przystojny po wujku. Ja tylko odpowiedziałam, że w to nie wątpię i dałam mu lekko z piąchy w ramię.
Do naszej długiej i pełnej śmiechu rozmowy włączyły się panie, a dokładnie Sophia, która chciała mnie o coś poprosić, a tak właściwie o czym ważnym poinformować bo o odmowie nie chciała słuchać:
- Zostaniesz moją druhną
- Jeju , ale super, zawsze o tym marzyła - krzyczałam , skacząc jak wariatka , dopiero po chwili gdy się opanowałam - a tak właściwie to jakieś obowiązki też się z tym wiążą i tylko ja sama czy ktoś jeszcze ?
- Nie kochanie , nie sama , jeszcze bratanica Matt'a, Jasmine, która tak właściwie tu przyjdzie. Co do obowiązków to nie ma ich dużo, tylko pomożecie w przygotowaniach.
- Supeeer - powiedziałam nadal ciesząc się, że to mnie wybrała. Sophia miała siostrę, która miała 2 córki , więc mogła wybrać którąś z nich. A jednak wybrała mnie.
Jeszcze chwilkę porozmawialiśmy o ślubie, kiedy już skończyliśmy a tok rozmowy zszedł na tory "spraw dorosłych" ja się wycofałam, mówiąc że idę poczytać książkę, i zadzwonić do Majki i Vanessy, żeby im się pochwalić.

Szybko pobiegłam do mojego pokoju po telefon, słuchawki i książkę, która nie była tylko wymówką, ponieważ naprawdę miałam zamiar czytać i poszłam na werandę. Usiadłam na huśtawce i zadzwoniłam do moich wariatek. Po niedługim, ale męczącym przesłuchaniu rozłączyłam się, włączyłam ulubioną muzykę i pogrążyłam się w lekturze.

Po jakimś czasie poczułam szturchanie, kiedy się odwróciłam, ujrzałam uśmiechniętą  dziewczynę ubraną:

 

Ściągnęłam słuchawki, wtedy ona się przedstawiła:
- Jestem Jasmine, ale mów mi Jas, ty pewnie jesteś Lily? - wyciągnęła rękę, którą ja lekko uścisnęłam
- Dokładnie - powiedziałam z uśmiechem lekko zdezorientowana. Po chwili zastanowienia uświadomiłam sobie kto to jest - bratanica Matt'a, prawda ?
-Prawda, prawda. Aż tak jestem do niego podobna - zrobiła dziwną pozę i wybuchła śmiechem.
Rozmawiałyśmy dosyć długo, by stwierdzić, że jesteśmy bardzo podobne, lubimy taki sam rodzaj muzyki i zespół. Obie lubimy dużo jeść. I uwielbiamy KOTY. Wydawało mi się, że znamy się od wieków. Kiedy zaczęłam udawać kotka obie wybuchłyśmy niepohamowanym śmiechem.
- Sophia miała rację, że się polubimy - powiedziała nowa znajoma.
- Mhmm.. - przytaknęłam przeżuwając żelki, której przyniosła Jas.
- Pewnie jeszcze tego nie wiesz, albo i wiesz, sądząc po tym, że rozmawiałaś z Matt'em, dzisiaj jest festyn na zakończenie wakacji. Będzie wesołe miasteczko. Potem jakaś imprezka. Będzie super. Jak chcesz możemy iść razem?
- Pewnie, chętnie bym się gdzieś wyrwała. Tylko mam jeden warunek - Jas patrzyła na mnie zdziwiona - pomożesz przekonać mamę.
- No pewnie. Wykorzystam mój urok osobisty - zrobiła dziwną minę i znowu wybuchnęłyśmy śmiechem.

Wchodząc do salonu usłyszałyśmy śmiech, który dochodził z ogrodu. Podeszłyśmy do drzwi, a naszym oczom ukazał się widok Matt'a prawie "turlającego się po ziemi", Sophii, wycierającej sobie oczy od łez i mojej mamy, wyjątkowo szczęśliwej. Dawno nie widziałam jej w tym stanie, bardzo mnie to ucieszyło.
- Ehemm... - odchrząknęłam teatralnie - zobaczcie kto nas odwiedził - uśmiechnęłam się szeroko.
Jas, która jeszcze chwilę temu stała koło mnie, teraz obkładała Matt'a, chwilę później ściskała Sophię. Na końcu postanowiła się przywitać z moją mamą, przedstawiła się jej, a kiedy Anna wyciągnęła do niej rękę, ta zamiast ją uścisnąć, rzuciła się na mamę i przywitała tak samo jak Sophię. Potem wymamrotała kilka słów o tym, że miło poznać i, że się napewno polubią.
Obróciłyśmy leżaki w stronę stołu, przy którym siedzieli dorośli, by powrócić do spraw wesela. Wtedy Jas wypaliła z tematem festynu. Poszło dziwnie łatwo, mama się zgodziła bez żadnych "ale". Coś czułam, że Sophia i Matt maczali w tym palce. Jeszcze przez trochę długą chwilę rozmawialiśmy i śmialiśmy się, potem pożegnałam się z moimi, naszymi gośćmi, umówiłam się z Jas, że przyjdzie po mnie o 17 i pobiegłam do mojego pokoju.

***

Przepraszam was bardzo za to, że przez tak długi czas nie dodawałam rozdziału, niestety nie mogłam. Przez kilka tygodni nie było mnie w domu i byłam odcięta od internetu. A przez resztę czasu miałam "blokadę twórczą". Kolejne niestety, mam dużo nauki, więc rozdziały nie będą się pojawiały zbyt często. Ale obiecuję, że postaram się aby nie było już tak  długiej przerwy. Zapraszam do czytania :). Jeśli wam sie podoba komentujcie, jeśli nie to też komentujcie :P.

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Rozdział 1

Droga na lotnisko, strasznie się dłużyła, żadna z nas się nie odezwała. Ja - bo ciągle byłam wściekła o tą przeprowadzkę, a mama, mama po prostu wiedziała że jestem wściekła i nie pójdzie teraz ze mną spokojnie porozmawiać. Kiedy byłyśmy już na miejscu zabrałam swój bagaż i ruszyłam w stronę drzwi. Ławica była prawie pusta, kilka osób siedziało czekając na odprawę, parę innych stało do niej w kolejce. Miałyśmy to szczęście, że nie musiałyśmy długo czekać. Przeszłyśmy przez bramki a chwilę później byłyśmy już w samolocie. Usadowiłam się wygodnie w fotelu zapięłam pas i czekałam aż wystartujemy. Gdy samolot wzniósł się w powietrze stewardesa ogłosiła że można już odpiąć pasy, tak też zrobiłam. Włożyłam słuchawki do uszu i odpłynęłam w głęboki - nie aż tak głęboki - sen.

Obudziło mnie delikatne szturchanie. Otworzyłam oczy i rozejrzałam się, koło mnie stała młoda kobieta ubrana w uniform:
- Zapnij pasy, zaraz będziemy lądować.
Kiwnęłam głową, a ona odwróciła się i poszła dalej. Kiedy odeszła, zauważyłam, że moja mama zniknęła, ale chwile później zobaczyłam że wraca, usiadła na fotelu obok i zapięła pasy. Przy lądowaniu wystąpiły turbulencje, od których zrobiło mi się niedobrze. Kiedy już wylądowaliśmy wszyscy ruszyli w stronę wyjścia. Po odebraniu bagażu wyszłyśmy przed budynek lotniska w Wilmington, gdzie czekał na nas samochód. W samochodzie czekała na nas osoba, na widok, której strasznie się ucieszyłam. Ciocia Sophia. Kiedy nas zauważyła, szybko wysiadła i ruszyła w naszą stronę. Powitanie nie miało końca, kiedy ciocia nas już wyściskała i przestała się dziwić jak ja urosłam, zapakowałyśmy torby do bagażnika i ruszyłyśmy. Przez całą drogę, przyjaciółki gadały o wszystkim co im przyszło na myśl, ja się nie odzywałam, ciocia myślała że to przez podróż więc odpuściła. Po 2 h jazdy zobaczyłyśmy wielką tablicę z napisem "Witamy w Beaufort".
- Chyba na zadupiu - mruknęłam tak cicho, że nikt nie usłyszał.
Niestety to zadupie okazało się całkiem dużym i malowniczym miasteczkiem. Nagle skręciłyśmy w ulice gdzie wszystkie domy wyglądały podobnie. Zatrzymałyśmy się przed jednym z nich. Przed domem stał samochód.


Wysiadłyśmy z auta Sophii, ciotka pomogła nam wnieść wszystkie nasze torby do domu. Odwróciła się i powiedziała:
- Witajcie w domu, pewnie jesteście zmęczone po podróży, albo chcecie się rozpakować w spokoju, więc ja uciekam. Później wpadne z Mattem.
Kiedy wyszła usłyszałyśmy dźwięk zamykanych drzwi i odgłos odpalanego silnika. Tak tez zostałyśmy w ciszy same.

***

Dedykuję ten rozdział mojej przyjaciółce, Pati. Bez jej pomocy nie poradziłabym sobie.
Mam nadzieje, że się spodoba :)
Komentujcie

poniedziałek, 22 lipca 2013

Prolog

Myśleliście kiedyś nad tym jak to jest przeprowadzić się gdzieś za granice , daleko od dobrze znanego wam kraju , od waszego małego miejsca na ziemi ? Ja nie. Ale stało się musiałam spakować swoje rzeczy do pudeł, zostawić mój pokój,którego wcześniej nie zostawiłabym od tak żeby ktoś inny sie do niego wprowadził. A najważniejsze pożegnać się z przyjaciółkami, dwoma wariatkami, które były dla mnie najważniejsze na świecie i dla których ja też byłam, bez których myślałam że nie przeżyję 2-tygodniowego wyjazdu na kolonię a co dopiero wyjazdu na drugą półkulę - tak przynajmniej mi się zdawało. I zamieszkać z mamą, z którą nie miałam dobrych kontaktów w Polsce, w zupełnie obcym kraju, zdala od znajomych twarzy, gdzie nikogo nie znałam.  


***

To mój pierwszy taki blog , więc proszę potraktujcie mnie łagodnie. W przyszłości się poprawię. Mam nadzieje że wam się spodoba ;) Zapraszam do czytania.