poniedziałek, 3 marca 2014

Rozdział 3

Stałam przed szafą od 10 minut i wciąż nie mogłam zdecydować co ubiorę, w końcu zrezygnowana podeszłam do biurka, włączyłam komputer i czekałam, na sygnał oznaczający dostępność na Skypie. Niestety ani przy nazwie Majki, ani Vanessy nie było zielonego znaczka, więc włączyłam muzykę i opadłam na łóżko. „Lily, weź się w garść” powiedziałam sobie w duchu, wtedy wpadł mi do głowy pomysł na strój. Wyciągnęłam ciuchy z szafy i poszłam do łazienki.

Wzięłam szybki prysznic i owinięta w ręcznik stanęłam przed lustrem. Zrobiłam lekki make-up, na górnej powiece cienką kreskę, rzęsy pociągnęłam czarnym tuszem, a usta pomalowałam bezbarwnym błyszczykiem. Włosy upięłam w kucyk na czubku głowy. Poszłam do pokoju i ubrałam to:



Gdy byłam już gotowa spojrzałam na zegarek, zostało mi jeszcze trochę czasu, więc usiadłam przy komputerze, w tej samej chwili usłyszałam dźwięk przychodzącej rozmowy, a raczej konferencji. Mimowolnie się uśmiechnęłam i kliknęłam na przycisk „odbierz”.
- Cześć koteczki - wykrzyknęłam z uśmiechem
- Witaj słońce - powiedziała Vanessa
- To ty jeszcze żyjesz ? - dodała Majka
- No, jak widać żyję. Wiem , wiem popsułam tym faktem wszystkie wasze plany - odparłam wytykając język w ich stronę
- Jak ci tam bez nas?
- No wiecie...
- Wiemy , że jest do kitu.
-  Chciałam powiedzieć, że jest nie najgorzej, ale tęsknie. A poza tym nie mam mnie dopiero dzień.
- Oj tam, oj tam - powiedziały zgodnie - a jak chłopacy? Przystojni?
- I to jak , normalnie tłumem stoją pod moim domem i nie mogą się doczekać kiedy wyjdę. - powiedziałam z sarkazmem - A co do wychodzenia, idę dzisiaj na małą imprezkę, więc na pewno się dowiem
- Tylko nie szalej za bardzo - powiedział Majka puszczając mi oczko
- To miało znaczyć, baw się dobrze - poprawiła ją Vannessa
- Ej opowiem wam kawał - wcięła się Majka, powstrzymując śmiech  -
 "Blondynka przychodzi do baru i zwierza się kelnerowi:
- ale ja jestem głupia nikt mnie nie lubi...
Kelner na to:
- Nie jest źle...
I zawołał:
- ruda chodź tutaj!
i mówi:
- idź do swojego domu i zobacz czy tam jesteś.
Po chwili ruda przychodzi zdyszana z domu i mówi: - nie nie było mnie tam...!
A na to blondynka:
- jaka głupia!!! ja bym zadzwoniła...!" - kończąc turlała się ze śmiechu.
- Hahaha , ale to było zabawne - powiedziałyśmy równo z Vanessą, próbując nie wybuchnąć śmiechem.

Majka była brunetką więc bardzo często opowiadała kawały o blondynkach, które tyczyły się Vanessy i rudych, które były skierowane do mnie. Bardzo często te kawały były chamskie, że nie powiem że bardzo, ale to była Majka, ona po prostu miała taki charakter i za to ją tak kochałyśmy. Spojrzałam na zdjęcie stojące obok mnie.


Dostałam je od dziewczyn dzień przed wyjazdem z przyczepioną karteczką, na której napisane było:
Nie zapomnij o nas, wariatko. Kochamy Cię V. i M.

- No wiem - powiedział Majka, wciąż nie mogąc się uspokoić.
- Dobra ja spadam, bo zaraz się spóźnię - powiedziałam szybko czując że tracę kontrolę i zaraz też wybuchnę - Kocham was
- My ciebie też - usłyszałam od dziewczyn , a zaraz potem razem wybuchnęłyśmy śmiechem.

Rozłączyłam się, a kiedy już się uspokoiłam, wyłączyłam komputer. Spakowałam do torebki błyszczyk, telefon i kilka najpotrzebniejszych rzeczy, jeszcze raz obejrzałam się w lustrze, wyszłam z pokoju i zeszłam na dół. Zajrzałam do salonu, gdzie mama siedziała na sofie i czytała
- Mamo – powiedziałam cicho, kiedy już mnie zauważyła podeszłam do niej – Co czytasz?
- List w butelce, Sparksa – mama uwielbiała N. Sparksa, przeczytała wszystkie jego książki i to nie raz. – Jak ty ładnie wyglądasz.
- Dziękuję - odpowiedziałam z uśmiechem , obracając się wokół własnej osi.
- O której wrócisz ? - zapytała , a w tym samym momencie usłyszałam dzwonek do drzwi.
- Nie wiem , między 22 a 23 - odparłam , kierując się w stronę drzwi.
Po ich otwarciu moim oczom ukazała się Jas z mocnymi, kocimi kreskami i podkreślonymi na czerwono ustami, ubrana tak :



a jej ciemne włosy opadały falami na ramiona.
- Wow, jestem w szoku, myślałam, że nie nosisz sukienek - powiedziałam wpatrując się w nią szeroko otwartymi oczami.
- Powiedziałam, że nie przepadam za sukienkami, nie że w ogóle nie nosze kołku - odpowiedziała śmiejąc się i dając kuksańca w ramię - poza tym, jest okazja, będzie dużo fajnych ludzi, no wiesz... - dodała z miną typu "wiesz o co chodzi".
- To co idziemy ? - zapytałam z uśmiechem
- Mhmmm.. - przytaknęła - a przy okazji pokażę ci parę miejsc.
-Wychodzę, mamo ! - krzyknęłam, w odpowiedzi usłyszałam cichą zgodę i coś o tym, że mam na siebie uważać.

Po drodze Jas pokazała mi sklep z najlepszymi słodyczami w mieście, było tam kilkanaście rodzajów żelków, czekolad i cukierków, takiej ilości słodkich pyszność jak żyje na oczy nie widziałam, kawiarnię z najlepszymi kawami, gorącą czekoladą i deserami oraz budkę gdzie podają nieziemskie fast-foody.

Już z daleka było słychać głośną muzykę i widać wielki diabelski młyn, ale dopiero teraz moim oczom ukazało się ogromne, ozdobione kolorowymi lampkami wesołe miasteczko, po środku którego stał tłum obcych mi ludzi. Gdy dotarłyśmy na miejsce Jas co chwilę się z kimś witała, widocznie wszyscy tutaj wszystkich znali, ja się tylko uśmiechałam.

- Chodź na to - krzyknęła podekscytowana , pokazując na wielkie koło, które co jakiś czas ruszało i zatrzymywało, aby kolejni zainteresowani mogli zająć miejsce.
- No nie wiem... - nigdy nie lubiłam atrakcji związanych z dużą wysokością.
- No chodź, będzie fajnie - zachęcała mnie widząc to że się waham i pociągnęła mnie za rękę z stronę kolejki.

Gdy już przyszła nasza kolej, usiadłam, zamknęłam oczy i mocno chwyciłam się mini barierki, która miała zabezpieczyć nas przed wypadnięciem.
- Odpręż się, będzie super - próbowała mnie uspokoić.
- Hej - zagadnęła w chwili gdy powoli zaczynałyśmy wzbijać się ku górze. - Masz chłopaka ?
- Coście się tak przyczepili tego tematu dzisiaj ? - Nagle otworzyłam oczy i wytrzeszczyłam je w stronę J.
Jas zaśmiała się z mojej reakcji.
- No dalej, przyznaj się ilu ich tam masz? - odparła nadal się śmiejąc. - I jak dajesz rade utrzymać ich z dala od siebie?
-  Nie mam chłopaka - odpowiedziałam - jakby to ująć u nas w Polsce nie cieszyłam się jakąś szczególną uwagą chłopaków , a jeżeli już to tych niewłaściwych. Jesteś jak taka ciotka co cię zobaczy po kilku latach i mówi że jesteś taka ładna i że na pewno wszyscy chłopacy się za tobą uganiają, a prawda jest całkiem inna - odpowiedziałam jej całkiem poważnie.
 A Jas tylko wybuchnęła śmiechem.
- Z czego ty się tak śmiejesz? - zapytałam
- Popatrz - pokazała palcem coś przed sobą.
Gdy zrozumiałam dlaczego, zobaczyłam tłum malutkich ludzi i nieduże miasteczko, które było oświetlane przez uliczne latarnie. To był piękny widok. Wtedy zaczęłyśmy zjeżdżać w dół.
- Byłaś tak zajęta gadaniem, że nawet nie zauważyłaś. I co ? Było tak strasznie ? - zapytała wciąż się śmiejąc.
- No nie , było nawet fajnie - powiedziałam, choć nie byłam do końca pewna czy to dobry pomysł.
W taki sposób Jasmine zaciągnęła mnie jeszcze na kolejkę górską, kilka karuzel, choć ta ostatnia z huśtawkami, które unosiły się do góry kiedy karuzela przyspieszała była super.



Potem poszłyśmy jeszcze na samochodziki, J ciągle wjeżdżała we mnie, przez co ja próbowałam uciekać, ale średnio mi to wychodziło.

Właśnie rzucałyśmy piłeczkami do celu, kiedy zaczęło się robić ciemno, a kolorowe lampki stworzyły niepowtarzalny klimat. Jas w tej konkurencji była zdecydowanie lepsza, ja nigdy nie miałam jakiegoś super cela. Ale obie wygrałyśmy, ja małą pandę, która spokojnie zmieścił mi się do torebki, a J niedźwiadka wielkości niemowlaka.

- Heej Chace. - krzyknęła Jas. Na te słowa w nasza stronę odwrócił się wysoki chłopak w czapce, uśmiechnął się i pokiwał.
- Poczekaj chwilę , zaraz wracam - powiedziała do mnie, widocznie podekscytowana. - Tylko mi nigdzie nie ucieknij
Pokiwałam potwierdzająco głową , jednocześnie zachęcając ją do tego, żeby podeszła do chłopaka, który nie wątpliwie się jej podobał.
- Tylko o mnie nie zapomnij i mnie tu nie zostaw, nie wiem jak wrócić do domu - krzyknęłam do niej , pokazując jej dwa wyciągnięte w górę kciuki, ona tylko kiwnęła głową i z uśmiechem podążyła za chłopakiem, zagadując do niego.

Po 20 minutach czekania zaczynałam się powoli denerwować. Tak w sumie to nie wiedziałam ile w znaczeniu Jas oznacza chwila albo zaraz. Zaczęłam przestępować z nogi na nogę. Postanowiłam ją poszukać. Ruszyłam, więc przed siebie, rozglądając się czy gdzieś nie stoi. Obeszłam chyba cały park, ale nigdzie jej nie znalazłam. Szłam nieźle wkurzona, gdy wdepłam w jakąś dziurę.
- Cholera ! Wow ! - krzyknęłam czują, że tracę równowagę.
Gdy przygotowywałam się do upadku, poczułam że ktoś mnie przytrzymuje. Spojrzałam w górę i wtedy ujrzałam te piękne granatowe oczy, które należały do równie przystojnego chłopaka, który był w moim wieku lub o rok starszy.
- Uważaj na siebie - odezwał się pierwszy przerywając niezręczną ciszę oraz przywracając mnie do realnego świata. Poczułam ja moje policzki oblewają się rumieńcem.
"Boże, jakie ciacho" rozmarzyłam się "Ogarnij się, bo weźmie cię za idiotkę" mój wewnętrzny głos doprowadził mnie do porządku.
- Dziękuję - bąknęłam, uśmiechając się nieśmiało. Odwróciłam się i ruszyłam w przeciwną stronę.
- Nie ma za co. Powiedz mi chociaż jak masz na imię? - krzyknął za mną nieznajomy.
Uśmiechnęłam się w duchu.
- Lily - odkrzyknęłam, odwracając się w jego stronę, ale nie zatrzymując się i posyłając mu jeden z uśmiechów zarezerwowanych na specjalne okazje.

Postanowiłam, że przejdę park jeszcze raz w nadziei, że znajdę Jas i może spotkam mojego wybawcę. No może na to drugie miałam większą nadzieję. Po tym jak odeszłam od razu pożałowałam, że nie zostałam dłużej i nie pogadałam z nim, a wrócić było mi głupio. Właśnie szłam w kierunku stoisk z przeróżnymi grami, gdy z nieba zaczęło lać i to dosłownie, w jednej chwili zaczęła się ulewa. Nawet nie zdążyłam pomyśleć, gdy poczułam pociągnięcie za rękę. "To pewnie Jas, mnie znalazła" , ale gdy spojrzałam w dół przekonałam się, że na moim nadgarstku nie jest zaciśnięta ręka Jas tylko kogoś innego. Gdy już dotarliśmy do celu, którym był daszek jednej z budek, pod którą stało już mnóstwo ludzi, odważyłam się spojrzeć w górę i od razu pożałowałam czego sobie życzę. Przede mną stał chłopak, który przed chwilą uratował mnie od upadku.
- Znowu cię ratuję, Lily.
- Uważaj, bo się przyzwyczaję - powiedziałam siląc się na luz. - Czy ty mnie śledzisz?
- To mały park. Może to przeznaczenie, że się znowu spotykamy, a może faktycznie cię śledzę. Choć z drugiej strony, mam ciekawsze rzeczy do robienia, niż śledzenie zupełnie obcej mi dziewczyny, nie sądzisz?
W tym momencie pożałowałam, że nie ugryzłam się w język. Ostatnio wielu rzeczy żałuję. Może wreszcie czas przestać.
- Może i masz racje. - przyznałam, odważając spojrzeć jeszcze raz w jego oczy.
On robił to samo, patrzył w moje. Wtedy przysunął swoją twarz niebezpiecznie blisko mojej. Poczułam jego wargi na moich i na chwilę straciłam połączenie z rzeczywistością. Byłam tylko ja i on. "Przecież ja go w ogóle nie znam, ale z drugiej strony raz się żyje". Kiedy się ode mnie odsunął, otworzyłam oczy i zobaczyłam szeroki uśmiech na jego twarzy. A ja zrobiłam się cała czerwona. Kiedy już całkowicie wróciłam na ziemię, zauważyłam, że przestało padać, a ludzie którzy mnie otaczali zaczęli wychodzić w stronę otwartej przestrzeni. Zrobiłam, więc to samo. Chłopak podszedł do mnie. Usłyszałam wołanie:
- Jake, Jake, tu jestem. Chodź już, bo się robi późno - krzyczał chłopak-skate, obok którego stał kolega Jas
- Już idę, Dyl. Nie denerwuj się tak, bo ci żyłka pęknie - odpowiedział Jake.
- Mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy, śliczna - te słowa skierowane były do mnie.
- Ja też - uśmiechnęłam się.
Jake podchodząc do swojej paczki, pomachał mi na pożegnanie, ja zrobiłam to samo. Dziewczyna stojąca obok niego zmierzyła mnie wzrokiem, który wyglądał jakby chciała mnie zabić. Gdy oni zniknęli w tłumie zauważyłam Jas, podbiegłam do niej i mocno ją przytuliłam. O dziwo cały gniew, gdzieś uleciał.
- Gdzie byłaś ? Szukałam się - powiedziałyśmy równo.
- Poszłam kawałek z Chacem, pogadałam z nim, potem złapał mnie mój brat, bo czegoś koniecznie chciał z mojego telefonu i wstąpiłam jeszcze do kibelka, no wiesz za potrzebą - wydusiła z siebie na jednym oddech - Martwiłam się. Już myślałam, że cie ktoś porwał, na przykład kosmici.
- No ja właśnie cię szukałam. A co do Chace'a, on ci się podoba - powiedziałam poruszając brwiami.
- Może trochę

Droga powrotna szybko nam minęła, głównie dlatego, że Jas opowiadała jak to się zaczęło z Chace'm i jakie to ma szczęście, że to on jest jej korepetytorem. Ja tylko wspomniałam, o moim nowym koledze. Otworzyłam cicho drzwi do domu, tak żeby nie obudzić mamy i weszłam na górę. Otworzyłam drzwi do jej sypialni, smacznie spała, znając mamę nie położyła się po południu, więc była zmęczona całym dniem, zamknęłam je spowrotem i poszłam do mojego pokoju. Weszłam szybko pod prysznic, ubrałam się w piżamę i położyłam do łóżka, przez cały czas myślałam o Jake'u. Nawet nie wiem kiedy zasnęłam.

***

Rozdział dedykuję moim kotałką: Madzi, Moni i Werce <3, dzięki którym w ogóle go skończyłam. Dziękuję za waszą motywację i pomoc.

wtorek, 3 grudnia 2013

Rozdział 2

Stałyśmy w tej ciszy jeszcze chwile, w końcu ruszyłam się żeby obejrzeć do końca nasz nowy dom. Na dole był hol ze chodami po jednej stronie, kuchnia i salon z drzwiami wychodzącymi na taras i ogródek. Na tarasie stał stół z kilkoma krzesłami, wszystko było pod daszkiem. Ogródek był nieduży, ale dobrze wygospodarowany. Koło tarasu stały dwa leżaki, po prawej stronie w kącie stała mała szopka, w której były narzędzia i drewno do kominka. Na przeciwko domu stało kilka drzewek, na dwóch największych zawieszony był hamak. Wszystko okalał ładnie przycięty żywopłot, na tyle wysoki aby zapewnić odrobinę prywatności. Na ogródku nie zostało dużo miejsca, ale wszystko wyglądało pięknie.

Pobiegłam szybko na górę, żeby zobaczyć mój pokój. Mój pokój był idealny, choć było w nim odrobinę za dużo różu, ale urządzała go Sophia więc nie zdziwiło mnie to. Po lewej stronie od drzwi wejściowych, w rogu stała duża biała szafa, a na ścianie po prawej stronie wisiało kilka pustych ramek. Koło łóżka były drzwi prowadzące do łazienki, również różowej, co po dłuższych przemyśleniach nie było takie złe. Z jednego okna mojego pokoju widziałam nasz ogródek i ogródki naszych nowych sąsiadów, a z drugiego, okno pokoju w sąsiadującym domu.

Zeszłam na dół po moje rzeczy i wróciłam do pokoju. Otworzyłam szafę, ułożyłam w niej ciuchy.  Rozcięłam taśmę sklejającą kolejne pudło, w którym były książki i ułożyłam je na półkach. Zdjęcie z moimi przyjaciółkami położyłam na biurku obok monitora. Wzięłam kosmetyczkę i pudełko z ręcznikami i poszłam do łazienki. Ręczniki włożyłam do niedużej szafki, która stała w małej wnęce naprzeciwko drzwi. Kosmetyki ułożyłam na półeczce obok umywalki. Kiedy wszystko było już na swoim miejscu, postanowiłam wziąć prysznic.

Kiedy poczułam gorące krople wody na mojej skórze, odprężyłam się i zaczęłam myśleć o wszystkim co do tej pory tak mnie dręczyło: "Może w końcu da się to naprawić ? Jesteśmy w nowym miejscu , można zacząć wszystko od nowa. Mam czystą kartę. Małe kroczki i będzie jak kiedyś".  Po długiej chwili wyszłam spod prysznica i owinęłam się ręcznikiem. Stanęłam przed lustrem i prawdę mówiąc nie poznałam osoby, która był na przeciwko. Wilgotne włosy opadały mi na ramiona. Tyle czasu minęło od ostatniej szczerej rozmowy z mamą. Od czasu rozwodu rodziców nie mogłam się z nią dogadać, może dlatego, że ją o wszystko obwiniałam, a szczególnie o to że od kiedy mój "tatuś" znalazł sobie nową żonę, przestał się mną interesować. Nie zadzwonił ani razu, ani na święta, ani na moje urodziny. Ale prawda jest taka że to nie była jej wina, tylko jego. To nie dlatego nie dzwonił, że mama nie pozwoliła mu, tylko dlatego ze tego nie chciał. Znalazł sobie nową rodzinę, a ze starą nie chciał mieć nic wspólnego. Teraz nadszedł czas, żeby przestać ją obwiniać i wynagrodzić te kilka lat.

Włosy wysuszyłam, wyprostowałam i upięłam w niedbałego koka . Nałożyłam lekki make-up, wróciłam do pokoju i podeszłam do szafy. Po długich przemyśleniach założyłam:


Spojrzałam na zegarek ,stojący na szafce koło łóżka, pełniący również funkcję budzika, wskazywał on 11:00. Postanowiłam się na chwilkę położyć. Wtedy właśnie poczułam jak bardzo jestem zmęczona. Żeby nie przespać odwiedzin kochanej cioci ustawiłam sobie budzik na 12:30. Stwierdziłam że 1,5 h to wystarczająco. Chodź mój organizm z pewnością się z tym nie zgadzał. Nawet nie zauważyłam kiedy zasnęłam.

Byłam właśnie w krainie, w której wszystko było z czekolady, wynikało to pewnie z mojego uzależnienia od niej, kiedy usłyszałam strasznie głośny dźwięk wwiercający się w mój mózg. Otworzyłam jedno oko, potem drugie i zlokalizowałam źródło jego pochodzenia, było to nic innego jak mój różowo-biały zegarek. Nacisnęłam guzik, który zapewne odpowiadał za jego wyłączenie i w tej właśnie chwili dźwięk ucichł. Podniosłam się, przeczesałam włosy palcami i ruszyłam w stronę drzwi. Wtedy natknęłam się na kartony. Postanowiłam złożyć je i zanieść do garażu, jednak zauważyłam że w jednym coś nadal jest. Sięgnęłam po to i rozwinęłam, moim oczom ukazał się plakat mojego ulubionego zespołu, Evanescence. Sięgnęłam na biurko po taśmę i nożyczki i przykleiłam go na drzwi, Prowadzące do łazienki. Zabrałam kartony i wyszłam na korytarz.

W chwili, w której stanęłam na schodach, poczułam dziwny zapach, który jak sądziłam dochodził z kuchni. Domyśliłam się bo z tego samego kierunku dobiegały co jakiś czas ciche przekleństwa. Podążyłam za tymi odgłosami, wtedy moim oczom ukazał się nie częsty widok, gotująca mama. Podeszłam do niej i przytuliłam. Po chwili zdziwienia uśmiechnęła się.
- Co to miało być? – zapytałam spoglądając do garnka.
- Spaghetti – odpowiedziała wciąż uśmiechnięta. Dawniej to był rzadki widok, mama w kuchni, przy garnkach i uśmiechająca się , to drugie było trochę z mojej winy ale nigdy nie chciałam się do tego przyznać.
- Coś nie wyszło – zaczęłam się śmiać – chociaż makaron wygląda niczego sobie – no bo z drugiej strony kto nie potrafiłby ugotować makaronu?. – ja to dokończę – uśmiechnęłam się i zabrałam od mamy łyżkę do sosu. Spróbowałam go, smakował dość… oryginalnie, jednym słowem nie był on zjadliwy. Odstawiłam garnek na bok i wzięłam drugi. Zaczęłam gotować. Mama tylko patrzyła z zachwytem jak co chwilę coś dorzucam i doprawiam nowy sos. Kochałam gotować. Głównie robiłam to kiedy mamy nie było w domu, bo zostawała do późna w pracy albo wyjeżdżała w delegację. – I gotowe.

Wtedy rozległ się dzwonek do drzwi. Mama poszła otworzyć, i wtedy usłyszałam dobrze znany męski głos. To był Matt, który przyjechał razem z Sophią. Mówił coś o tym że wreszcie się widzą, że się stęsknił i że już nie mógł się doczekać aż przyjedziemy i koniecznie musimy poznać jego rodzinkę.
- Ci to wiedzą kiedy przyjechać – rozdarłam się na cały dom i wybiegłam z kuchni w ich stronę. Rzuciłam się Mattowi na szyję – no nareszcie cię widzę, ależ ja się za tobą stęskniłam – puściłam go, przytuliłam Sophię, kiedy już skończyłam „dusić” gości, poprawiłam bluzkę – a tak w ogóle to DZIEŃ DOBRY.
Wszyscy zaczęli się śmiać. Matt spojrzał na Sophię, później oboje spojrzeli na mamę ze zdziwieniem na twarzy i chórem zapytali:
- A tej co się stało ?
- Mnie się nie pytajcie, przyszła z pokoju i już taka była.
- To ten róż w moim pokoju – odpowiedziałam na zadane pytania, żeby wyprowadzić ich z błędu – a przy okazji dziękuję Sophii , pokój jest śliczny, cały dom jest śliczny.
- To kiedy idziemy jeść bo jestem głodny – wypalił Matt. Niby był dorosły ale zachowywał się jak dziecko. Sophii go szturchnęła, a ja się roześmiałam:
- Właśnie zepsułeś taką piękną chwilę.

Chwilę później wszyscy już siedzieli w kuchni, a nakładałam moje popisowe danie. Po  dwóch dokładkach wziętych przez Matt'a i sprzątnięciu talerzy , wyszliśmy na ogródek. Ja i mój przyszły wujek rozłożyliśmy się na leżakach a mama wraz z Sophią usiadły wygodnie przy stoliku, gdzie popijały pięknie pachnące latte. Podczas gdy panie były pochłonięte rozmową, ja opowiadałam Matt'owi o Polsce, o moich przyjaciółkach i szkole. Matt nie był mi dłużny, mówił jak to fajnie jest w tym małym miasteczku i ile się w nim dzieje, opowiadał o sąsiadach i mieszkańcach Abbyville oraz o bracie i jego rodzinie.  No i wtedy padło, pytanie od którego niemal natychmiast zrobiłam się lekko mówiąc, różowa:
- A co z chłopakami? Napewno masz tam jakiegoś? Albo nawet kilku...
- Yhh... - próbowałam się wymigać od odpowiedzi, ale wujek spojrzał na mnie z miną typu "gadaj i tak ci nie odpuszczę" - no, wiesz jakoś wielką flirciarą to ja nie jestem. W naszej super trójce to raczej Vanessa specjalizowała się w wyrywaniu chłopaków, a ja do szczęścia ich nie potrzebuję, więc moja odpowiedź brzmi: nie. - powiedziałam to z uśmiechem.
Wtedy Matt, zaczął o tym, że jego bratanek też jest wolny i jest przystojny po wujku. Ja tylko odpowiedziałam, że w to nie wątpię i dałam mu lekko z piąchy w ramię.
Do naszej długiej i pełnej śmiechu rozmowy włączyły się panie, a dokładnie Sophia, która chciała mnie o coś poprosić, a tak właściwie o czym ważnym poinformować bo o odmowie nie chciała słuchać:
- Zostaniesz moją druhną
- Jeju , ale super, zawsze o tym marzyła - krzyczałam , skacząc jak wariatka , dopiero po chwili gdy się opanowałam - a tak właściwie to jakieś obowiązki też się z tym wiążą i tylko ja sama czy ktoś jeszcze ?
- Nie kochanie , nie sama , jeszcze bratanica Matt'a, Jasmine, która tak właściwie tu przyjdzie. Co do obowiązków to nie ma ich dużo, tylko pomożecie w przygotowaniach.
- Supeeer - powiedziałam nadal ciesząc się, że to mnie wybrała. Sophia miała siostrę, która miała 2 córki , więc mogła wybrać którąś z nich. A jednak wybrała mnie.
Jeszcze chwilkę porozmawialiśmy o ślubie, kiedy już skończyliśmy a tok rozmowy zszedł na tory "spraw dorosłych" ja się wycofałam, mówiąc że idę poczytać książkę, i zadzwonić do Majki i Vanessy, żeby im się pochwalić.

Szybko pobiegłam do mojego pokoju po telefon, słuchawki i książkę, która nie była tylko wymówką, ponieważ naprawdę miałam zamiar czytać i poszłam na werandę. Usiadłam na huśtawce i zadzwoniłam do moich wariatek. Po niedługim, ale męczącym przesłuchaniu rozłączyłam się, włączyłam ulubioną muzykę i pogrążyłam się w lekturze.

Po jakimś czasie poczułam szturchanie, kiedy się odwróciłam, ujrzałam uśmiechniętą  dziewczynę ubraną:

 

Ściągnęłam słuchawki, wtedy ona się przedstawiła:
- Jestem Jasmine, ale mów mi Jas, ty pewnie jesteś Lily? - wyciągnęła rękę, którą ja lekko uścisnęłam
- Dokładnie - powiedziałam z uśmiechem lekko zdezorientowana. Po chwili zastanowienia uświadomiłam sobie kto to jest - bratanica Matt'a, prawda ?
-Prawda, prawda. Aż tak jestem do niego podobna - zrobiła dziwną pozę i wybuchła śmiechem.
Rozmawiałyśmy dosyć długo, by stwierdzić, że jesteśmy bardzo podobne, lubimy taki sam rodzaj muzyki i zespół. Obie lubimy dużo jeść. I uwielbiamy KOTY. Wydawało mi się, że znamy się od wieków. Kiedy zaczęłam udawać kotka obie wybuchłyśmy niepohamowanym śmiechem.
- Sophia miała rację, że się polubimy - powiedziała nowa znajoma.
- Mhmm.. - przytaknęłam przeżuwając żelki, której przyniosła Jas.
- Pewnie jeszcze tego nie wiesz, albo i wiesz, sądząc po tym, że rozmawiałaś z Matt'em, dzisiaj jest festyn na zakończenie wakacji. Będzie wesołe miasteczko. Potem jakaś imprezka. Będzie super. Jak chcesz możemy iść razem?
- Pewnie, chętnie bym się gdzieś wyrwała. Tylko mam jeden warunek - Jas patrzyła na mnie zdziwiona - pomożesz przekonać mamę.
- No pewnie. Wykorzystam mój urok osobisty - zrobiła dziwną minę i znowu wybuchnęłyśmy śmiechem.

Wchodząc do salonu usłyszałyśmy śmiech, który dochodził z ogrodu. Podeszłyśmy do drzwi, a naszym oczom ukazał się widok Matt'a prawie "turlającego się po ziemi", Sophii, wycierającej sobie oczy od łez i mojej mamy, wyjątkowo szczęśliwej. Dawno nie widziałam jej w tym stanie, bardzo mnie to ucieszyło.
- Ehemm... - odchrząknęłam teatralnie - zobaczcie kto nas odwiedził - uśmiechnęłam się szeroko.
Jas, która jeszcze chwilę temu stała koło mnie, teraz obkładała Matt'a, chwilę później ściskała Sophię. Na końcu postanowiła się przywitać z moją mamą, przedstawiła się jej, a kiedy Anna wyciągnęła do niej rękę, ta zamiast ją uścisnąć, rzuciła się na mamę i przywitała tak samo jak Sophię. Potem wymamrotała kilka słów o tym, że miło poznać i, że się napewno polubią.
Obróciłyśmy leżaki w stronę stołu, przy którym siedzieli dorośli, by powrócić do spraw wesela. Wtedy Jas wypaliła z tematem festynu. Poszło dziwnie łatwo, mama się zgodziła bez żadnych "ale". Coś czułam, że Sophia i Matt maczali w tym palce. Jeszcze przez trochę długą chwilę rozmawialiśmy i śmialiśmy się, potem pożegnałam się z moimi, naszymi gośćmi, umówiłam się z Jas, że przyjdzie po mnie o 17 i pobiegłam do mojego pokoju.

***

Przepraszam was bardzo za to, że przez tak długi czas nie dodawałam rozdziału, niestety nie mogłam. Przez kilka tygodni nie było mnie w domu i byłam odcięta od internetu. A przez resztę czasu miałam "blokadę twórczą". Kolejne niestety, mam dużo nauki, więc rozdziały nie będą się pojawiały zbyt często. Ale obiecuję, że postaram się aby nie było już tak  długiej przerwy. Zapraszam do czytania :). Jeśli wam sie podoba komentujcie, jeśli nie to też komentujcie :P.

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Rozdział 1

Droga na lotnisko, strasznie się dłużyła, żadna z nas się nie odezwała. Ja - bo ciągle byłam wściekła o tą przeprowadzkę, a mama, mama po prostu wiedziała że jestem wściekła i nie pójdzie teraz ze mną spokojnie porozmawiać. Kiedy byłyśmy już na miejscu zabrałam swój bagaż i ruszyłam w stronę drzwi. Ławica była prawie pusta, kilka osób siedziało czekając na odprawę, parę innych stało do niej w kolejce. Miałyśmy to szczęście, że nie musiałyśmy długo czekać. Przeszłyśmy przez bramki a chwilę później byłyśmy już w samolocie. Usadowiłam się wygodnie w fotelu zapięłam pas i czekałam aż wystartujemy. Gdy samolot wzniósł się w powietrze stewardesa ogłosiła że można już odpiąć pasy, tak też zrobiłam. Włożyłam słuchawki do uszu i odpłynęłam w głęboki - nie aż tak głęboki - sen.

Obudziło mnie delikatne szturchanie. Otworzyłam oczy i rozejrzałam się, koło mnie stała młoda kobieta ubrana w uniform:
- Zapnij pasy, zaraz będziemy lądować.
Kiwnęłam głową, a ona odwróciła się i poszła dalej. Kiedy odeszła, zauważyłam, że moja mama zniknęła, ale chwile później zobaczyłam że wraca, usiadła na fotelu obok i zapięła pasy. Przy lądowaniu wystąpiły turbulencje, od których zrobiło mi się niedobrze. Kiedy już wylądowaliśmy wszyscy ruszyli w stronę wyjścia. Po odebraniu bagażu wyszłyśmy przed budynek lotniska w Wilmington, gdzie czekał na nas samochód. W samochodzie czekała na nas osoba, na widok, której strasznie się ucieszyłam. Ciocia Sophia. Kiedy nas zauważyła, szybko wysiadła i ruszyła w naszą stronę. Powitanie nie miało końca, kiedy ciocia nas już wyściskała i przestała się dziwić jak ja urosłam, zapakowałyśmy torby do bagażnika i ruszyłyśmy. Przez całą drogę, przyjaciółki gadały o wszystkim co im przyszło na myśl, ja się nie odzywałam, ciocia myślała że to przez podróż więc odpuściła. Po 2 h jazdy zobaczyłyśmy wielką tablicę z napisem "Witamy w Beaufort".
- Chyba na zadupiu - mruknęłam tak cicho, że nikt nie usłyszał.
Niestety to zadupie okazało się całkiem dużym i malowniczym miasteczkiem. Nagle skręciłyśmy w ulice gdzie wszystkie domy wyglądały podobnie. Zatrzymałyśmy się przed jednym z nich. Przed domem stał samochód.


Wysiadłyśmy z auta Sophii, ciotka pomogła nam wnieść wszystkie nasze torby do domu. Odwróciła się i powiedziała:
- Witajcie w domu, pewnie jesteście zmęczone po podróży, albo chcecie się rozpakować w spokoju, więc ja uciekam. Później wpadne z Mattem.
Kiedy wyszła usłyszałyśmy dźwięk zamykanych drzwi i odgłos odpalanego silnika. Tak tez zostałyśmy w ciszy same.

***

Dedykuję ten rozdział mojej przyjaciółce, Pati. Bez jej pomocy nie poradziłabym sobie.
Mam nadzieje, że się spodoba :)
Komentujcie

poniedziałek, 22 lipca 2013

Prolog

Myśleliście kiedyś nad tym jak to jest przeprowadzić się gdzieś za granice , daleko od dobrze znanego wam kraju , od waszego małego miejsca na ziemi ? Ja nie. Ale stało się musiałam spakować swoje rzeczy do pudeł, zostawić mój pokój,którego wcześniej nie zostawiłabym od tak żeby ktoś inny sie do niego wprowadził. A najważniejsze pożegnać się z przyjaciółkami, dwoma wariatkami, które były dla mnie najważniejsze na świecie i dla których ja też byłam, bez których myślałam że nie przeżyję 2-tygodniowego wyjazdu na kolonię a co dopiero wyjazdu na drugą półkulę - tak przynajmniej mi się zdawało. I zamieszkać z mamą, z którą nie miałam dobrych kontaktów w Polsce, w zupełnie obcym kraju, zdala od znajomych twarzy, gdzie nikogo nie znałam.  


***

To mój pierwszy taki blog , więc proszę potraktujcie mnie łagodnie. W przyszłości się poprawię. Mam nadzieje że wam się spodoba ;) Zapraszam do czytania.